Prolog


Oto początek mojego końca.



          Westchnęłam ociężale, spoglądając spode łba na przeuroczą panią komisarz, którą mam nieprzyjemność oglądać w tym miesiącu już po raz trzeci. Śmiem twierdzić, choć mogę się mylić, że ona również nie darzy mnie zbytnią sympatią.
- Historia lubi się powtarzać, co? - zaszczebiotała, rzucając na stolik, przy którym siedziałam, maleńki woreczek, którego spód wypełniony był białym proszkiem. - Znaleźliśmy to w twojej kurtce. Jaką historyjkę sprzedasz nam tym razem, moja droga? - nachyliła się nade mną, tak, bym mogła poczuć kiedy ostatnio zażywała kąpieli.
- Nie przypominam sobie, byśmy przechodziły na ty. Choć, nie mogę wymagać od pani manier. Sądząc po pani zapachu, wychowały panią zwierzęta - odwróciłam wzrok, choć kątem oka dostrzegłam, że jej twarz oblała się purpurą.
- Posłuchaj mnie, smarkulo! 
- Dzień dobry, zostałem tu wezwany w sprawie mojej córki. Chciałbym wiedzieć co tym razem przeskrobała?
Jeszcze Ciebie tu brakowało, pomyleńcu.
- Dzień dobry, w przeciwieństwie do pana córki, bardzo miło mi pana widzieć! - aha, wiedziałam! - Cóż, pańska córka znów posiadała przy sobie narkotyki. Myślę, że tym razem nie obejdzie się bez procesu.
- Przyślę do pani mojego prawnika, tymczasem pozwoli pani, ale zabiorę tę niesforną dziewuchę do domu - wymienili uśmiechy i już po chwili zostałam brutalnie wyciągnięta z pokoju przesłuchań. Ojciec przez całą drogę do samochodu klął pod nosem, a uwierzcie mi, ten człowiek nie bluźnił, nawet w obliczu moich wcześniejszych, bardzo odważnych ekscesów.  
Nie zdołałam nawet zatrzasnąć za sobą drzwi samochodu, gdy rozpoczął się monolog.
- Audrey, czy ty do jasnej cholery nie potrafisz zrozumieć, że jeszcze jeden taki wybryk i wylądujesz w poprawczaku? Nie mogę wydawać wszystkich pieniędzy na najlepszych urzędników, by pomagali mi cię wiecznie wyciągać z kłopotów! Myślisz, że nie wiem, że podkradasz mi pieniądze na te świństwa? Spójrz na mnie! - wrzasnął, spoglądając w lusterko wiszące tuż nad jego głową. Zwróciłam wzrok ku odbiciu jego oczu. - Mam cię serdecznie dość! Zszargałaś dobrą opinię naszej rodziny!
- Rodziny!? Ten dom wariatów śmiesz nazywać rodziną!? 
- Audrey, dość! - uderzył otwartą dłonią w kierownicę. - Wraz z Victorią zdecydowaliśmy, że jeśli nie poprawisz swojego zachowania...
- Kim ona jest, aby decydować o mnie?! - krzyknęłam, podirytowana, jednak widząc minę ojca, ucichłam, skubiąc paznokciami skórzaną tapicerkę.
- ...Odeślemy cię do szkoły z internatem w Queens. - mruknął cicho, zatrzymując wóz na czerwonym świetle. Ścisnął palcami nasadę swojego nosa, mrużąc powieki.
- Co? - jęknęłam, ledwie chwytając powietrze w płuca. - Nie... nie możecie... To przecież szmat drogi stąd!
- Owszem, możemy - odrzekł spokojnie, ruszając z piskiem opon. 
- Od razu zamknijcie mnie w psychiatryku! Wiem, że tego chcesz!
- Audrey...
- Nie, dość! Choć raz w swoim życiu zachowaj się jak mężczyzna i powiedz wprost, że chcecie się mnie po prostu pozbyć, bo niszczę wasz perfekcyjny, rodzinny obrazek! - w tym momencie samochód zatrzymał się tuż pod naszym domem. Wyszłam, trzaskając drzwiami. Wepchnęłam ręce do kieszeni, zaciskając zęby. Szczęka zaczęła mi dygotać, a pod powiekami zebrało się kilka łez, jednak nie okażę im choćby odrobiny uczuć. Nie zasługują na moje zaufanie, oboje. 
W drzwiach przywitała mnie Victoria, moja macocha. Całym sercem jej nienawidziłam. Rozbiła moją rodzinę i zrobiła to z całą przyjemnością. Gdy moi rodzice mieli gorszy okres, zauroczyła sobą tatę i reszta potoczyła się już szybko. Romans, ciąża, szybki rozwód, ślub... dziecko. 
Co prawda, kocham Emily, rodziny się nie wybiera, to nie jej wina, że jej matka jest... zwykłą szmatą, jednak jakaś cząstka mnie goreje zazdrością. Zazdroszczę jej miłości, jaką darzy ją mój ojciec. Miłości, która od początku do końca należy się mnie.
- Z drogi, chyba, że chcesz skończyć na oiomie - syknęłam, spoglądając Victorii prosto w oczy. Mimo, że zgrywała obojętną, dobrze wiedziałam, że w pewnym stopniu ją przerażam. Wyczuwała we mnie zagrożenie. 
- Audrey, jeszcze z tobą nie skończyłem! - usłyszałam tuż za sobą. Wbiegłam na schody, byleby jak najdalej od niego. - Dzięki mnie umorzono tę sprawę z posiadaniem narkotyków. Jednak proces o pobicie skończył się wyrokiem - zatrzymałam się w półkroku. - Na szczęście nie jest on surowy. Jako zadość uczynienie musisz zapłacić tysiąc dwieście dolarów odszkodowania - przygryzłam dolną wargę. - I nie licz już na mnie. Tym razem poniesiesz konsekwencje swoich czynów. - wzdrygnęłam. 
- I niby skąd mam wziąć tyle pieniędzy!? - odwróciłam się.
- Twoja ciocia, Annie zaproponowała, byś pracowała jako pomoc dla pielęgniarek w jej szpitalu. - zaśmiałam się gburowato. - I żebyś się nie zdziwiła, stawisz się tam i będziesz sumiennie wykonywać swoje obowiązki, w przeciwnym razie sprawa znów trafi do sądu, a ty powitasz Queens.
Praca i ja. Ja i praca. Te słowa nijak do siebie nie pasują.
- Od kiedy miałabym zacząć?
- Ciotka przyjedzie po ciebie jutro rano.
- Cudownie - uśmiechnęłam się kpiąco i pobiegłam do swojego pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. 
Nie cierpię siostry mojej matki. Od zawsze nie cierpiałam. Zresztą, z wzajemnością. Jakby się tak dłużej zastanowić, niewiele znalazłoby się osób, które od początku do końca, darzyłyby mnie sympatią, cóż.
Nie sądzę, bym wytrzymała w tym szpitalu dłużej niż kilka godzin, trudno nade mną zapanować, nawet mnie samej, więc Queens... szykuj się na mnie.

1 komentarz: